WCC 2016 – Jezioro Novomlynskie

Udostępnij
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedin

 

 

dsc_0132

 

 

CZESKA PRZYGODA INVADERA

Naszą przygodę z World Carp Classic rozpoczęliśmy 9 września późnym wieczorem, kiedy po odebraniu naszej helperki i jej bambetli, ruszyliśmy we troje na Wrocław, w kierunku czeskiej granicy. Przed nami było 500 km do morawskich Pasohlavek.

Kto choć raz jechał tą trasą z Poznania wie, że droga na Breslau, to droga krzyżowa, niezależnie od pory roku, dnia i pogody. Ale jak się nie ma co się lubi, (czyli autostrady) to się lubi co się ma czyli krajową S5 szumnie zwaną drogą ekspresową.

Z góry ustaliliśmy, że nasz kapitan w czasie podróży śpi nabierając sił do rządzenia J, a vice kapitan prowadzi z pomocą helperki, która dba żeby powieki mu się nie zamknęły. I tak się też stało.

Dotarliśmy na obwodnicę Wrocławia, a z niej drogą na Kłodzko i przejście graniczne w Boboszowie.

Jako, że jechaliśmy Busem wypakowanym po brzegi, siłą rzeczy nie rozwijaliśmy zawrotnych prędkości, zresztą kręte drogi sudeckie absolutnie się do takich nie nadawały.

Po opuszczeniu naszego pięknego kraju, popełniliśmy pierwszy błąd (zrzućmy tu winę na google maps 🙂 a mianowicie zamiast jechać autostradą na Brno, pojechaliśmy drogą niemal nienotowaną przez mapy na Ołomuniec. Podsumujmy sprawę krótko – Czechy a zwłaszcza Morawy, to piękny i górzysty kraj, kłopotliwy do jazdy nocą 🙂

O świtaniu stery przejął nasz kapitan, wyprowadzając nas na szerokie wody autostrady na Brno, i przepiękny wschód słońca przywitaliśmy już na kampingu Kemp Mercur w Pasohlavkach, gdzie mieliśmy spędzić weekend przed właściwymi zawodami.

Po rozlokowaniu się, zlokalizowaliśmy miejsce rejestracji zawodników, czynne od 9. Czyli 2,5 h czekania przed nami. Czas w sam raz na prysznic (nie ma nic darmo 6 minut ciepłej wody 20 kc), śniadanie i krótki rekonesans okolicy. Gdzie okiem sięgnąć karpiarze, sprzęt i ślady integracji na stolikach. Plus coś, co nas zadziwiło, czyli mnóstwo namiotów czeskich wczasowiczów, którzy inaczej niż w Polsce, nie zamykają sezonu kampingowego 1 września.

 

dsc_0117

 

Sama rejestracja okazała się być sprawnym, choć długotrwałym procesem (co jest nieuniknione przy takiej liczbie zawodników). Składała się z 3 części. Etap pierwszy czyli sprawdzenie nazwisk i zapisanie numeru rejestracyjnego auta celem wydania naklejki umożliwiającej wjazd i wyjazd z kempingu (tak naprawdę była zbędna, wystarczyły bowiem bransoletki uczestników) oraz losowanie numeru, który oznaczał kolejność podczas niedzielnego losowania stanowisk (nasz helper wyciągnął los nr 76) etap drugi czyli rejestracja właściwych osób na właściwych miejscach (dosłownie) czyli kapitana, vice kapitana i helpera, oraz etap trzeci czyli obanderolowanie znanymi z wakacji all inclusive bransoletkami w kolorach zależnych od funkcji (łowiący zielone, helperzy czerwone, marshalle niebieskie) Bransoletki nakładano na prawą rękę niezależnie od tego, którą ręką posługuje się w życiu uczestnik, miały bowiem przypominać o tym, że do zdjęcia z rybą, niezbędne jest ułożenie jej pyska właśnie po prawej stronie.

Do bransoletek doczepione były karneciki z napisami: party, drink, gift, które podlegały odrywaniu podczas ich wykorzystywania. I tak np. drink oznaczało zimne piwo rozdawane na stanowisku Dynamite.

Podczas rejestracji obecna była Dagmara – Polka więc nawet ci, którzy z angielskim są na bakier nie mieli żadnych problemów komunikacyjnych.

Nadszedł w końcu czas zasłużonego posiłku, którym była wyśmienita pizza serwowana w kempingowej knajpce oraz integracji, której co niektórzy podjęli się ochoczo 🙂

 

20160910_144444

 

W międzyczasie naszymi sąsiadami „za ścianą” została ekipa Addera, co sprzyjało wspólnym dyskusjom na tematy wszelakie.

Wieczorem miała odbyć się impreza dla wszystkich ekip, o której słyszeliśmy jeszcze w Polsce, że „warto na niej być”

Podjęliśmy więc wyzwanie w okrojonym co prawda o vice kapitana składzie, żeby się na nią udać. Nie bardzo wiemy co, przyświecało organizatorowi tego eventu, ale w naszym odczuciu był on porażką. Pomijając fakt, że odbywał się w miejscu, które trudno było znaleźć, oddalonym o 3 km spaceru od właściwego kempingu, to organizacja na miejscu była żadna. Przy dźwiękach muzyki serwowanej przez Biankę Venema, która jak się okazało prócz karpiowania para się także dj –owaniem, po placyku między knajpkami i sklepikami snuli się zdezorientowani karpiarze, usiłujący dociec, w którym miejscu mogą zrealizować swój karnecik pt. party. Albowiem oznaczenia były żadne. Klasyczny czeski film – nikt, nic nie wie i radźcie sobie sami.

 

img_20160910_201947

 

No więc poradziliśmy sobie jak umieliśmy i ponownie spacerem pokonaliśmy powrotne 3 km do bazy.

Następnego dnia po południu zaplanowano przemarsz uczestników z flagami oraz losowanie, na które tak naprawdę najbardziej wszyscy czekaliśmy.

Podczas marszu nie obyło się bez zabawnych incydentów, związanych z marną informacją organizatorów wobec uczestników, bowiem jeden z wędkarzy nie posiadał się ze zdumienia, kiedy otoczył go tłum z flagami gotów do wymarszu, a on w kąpielówkach dopytywał się nerwowym głosem: jak to, przecież defilada miała być o 18.

Po bardzo długiej procesji z flagami, w potwornym upale rozpoczęło się w końcu losowanie stanowisk.

 

dsc00802 dsc00806

 

Trwało długo, co nie dziwi skoro na miejscu było 116 ekip. Skracając historię, wylosowaliśmy numer stanowiska 71, który wszyscy komentowali, jako doskonałe, rybne i generalnie będące uśmiechem losu – przy okazji w związku z przetasowaniami w ostatniej chwili, okazało się, że miejsce obok nas nr 72 zostaje puste. Nasze stanowisko jak się później okazało po rozmowie z lokalnymi mieszkańcami było dobre pod jednym małym warunkiem – sztorm na jeziorze.

 

dsc00812 dsc00815

 

20160911_182255

 

 

O tym jaka była rzeczywistość za chwilę.

W poniedziałek 12 września rano, kawalkada samochodów ruszyła w ustalonym szyku i z konwojem, nad oddalone od Pasohlavky o ładnych kilka kilometrów jezioro Novomlynskie.

Na miejscu nastąpił pierwszy zong. Nasze stanowisko, będące ostatnim bądź pierwszym (zależy jak na to spojrzeć) na tym brzegu zbiornika, swobodnie mogło występować w programie o wędkarskim survivalu. Zresztą dotyczy to większości stanowisk na tej linii brzegowej. Miejsce biwakowe od wody oddzielał wysoki, i o bardzo stromym podejściu wał, na którym biegła, jak się miało później okazać niezwykle uczęszczana trasa turystyczno – lokalna. Z kolei żeby ze szczytu wału dostać się do wody, trzeba było pokonać strome zejście wyłożone ostrymi kamieniami, zalanymi mieszanką bitumiczną. O biegnięciu boso do brania nie było mowy, zresztą wykluczone było także obozowanie w parowie, bo każda ryba zdążyłaby się wypiąć z haczyka zanim ktoś by do niej wbiegł i zbiegł zwłaszcza nocą.

 

20160914_064021 20160914_064047

 

W związku z tym Paweł ulokował się z łóżkiem i bivvy nad samą wodą, na kamieniach, a Artur na szczycie wału, na dosłownie skrawku trawy. Namioty socjalne i helper spoczęli zaś w dolinie tuż przy krzakach głogu 🙂

 

dsc_0141 dsc_0134

 

Akcja rozbijania obozowiska w tych warunkach to materiał na osobną historię.

W międzyczasie na każde stanowisko dotarli Marshalle odpowiedzialni za zatwierdzenie środka pływającego i sprawdzenie wszystkich jego części składowych jak: kamizelki, gwizdki, czerpaki, linki, kotwice, flary czy też stickery świetlne.

O godzinie 14 rozległ się sygnał rozpoczęcia zawodów i chciałoby się napisać, że zaczęło się…

Ale w sumie to nic się nie zaczęło. Sondowanie wody pokazało, że wylosowaliśmy bezwzględną pustynie zalaną wodą (po rozmowach z tubylcami okazała się starym zalanym stawem hodowlanym). Może trochę przesadzamy, bo na pustyni są jakieś wydmy i czasami zdarza się oaza. Nasza miejscówka była całkowicie płaska i pozbawiona jakichkolwiek podwodnych atrakcji w postaci czegokolwiek zatopionego, głębszego, czy też płytszego. Totalny blat głębokości 4,5 m ciągnący się od 5 metra od brzegu po graniczne bojki. Na którym niestety nie chciały się zadomowić nawet racicznice tak liczne w innych partiach zbiornika. Tylko muł, blat, smród i my 🙂

 

20160914_132254-1 20160914_151039

 

Dodatkowo upał, który był tam odczuwalny dotkliwie sprawiał, że woda z braku tlenu nabrała aromatu tej z wazonu, po tygodniu stania z bukietem, i taki również miała kolor. Ryby znosiły to równie ciężko jak my, bo ilość martwych na brzegu przewyższała liczbę żywych w naszym łowisku.

 

img_20160914_110956 img_20160914_131517

 

Humorów nie poprawiał nam fakt, że na wspomnianym wcześniej wale odbywały się pielgrzymki spragnionych rozrywek tubylców. Pieszo, na rowerach, z wózkami, od koloru do wyboru. Równocześnie na naszym stanowisku z boku miała miejsce rzecz niebywała, czyli praktycznie przez cały czas zawodów mieliśmy towarzystwo tubylców łowiących rekreacyjnie. W naszym łowisku, na naszym stanowisku!… plus ludzi zażywających kąpieli. Również w naszym łowisku.

Interwencje u marshalli i organizatorów spełzały na niczym. Brak im było mocy wykonawczej, żeby wyprosić niechcianych gości, a obiecana przez organizatorów czeska policja, mająca pojawić się 2 h po naszym zgłoszeniu, nie zjawiła się nigdy. Nawet prośby o wywieszenie karteczki po czesku na szlabanie z informacją, że trwają tutaj zawody nie przyniosły pozytywnego rezultatu

Tak więc łowienie upływało nam pod znakiem koegzystencji z miejscowymi wędkarzami i podglądaczami rubasznie i bez skrupułów hałasującymi w naszym łowisku.

Inni zawodnicy mieli więcej, lub tyle samo szczęścia obcując z miejscowymi turystami. Jednak z informacji, które zdobyliśmy nikt nie posiadał „własnych” wędkujących na swoim stanowisku, a my mieliśmy ich nawet kilku na raz, ulokowanych w odległości zaledwie paru metrów od naszych wędek. Powodowało to wymuszenie na nas taktyki łowienia na 300-tu dozwolonych metrach. Niestety hol leszczy z takiej odległości jest wielce irytującym i demotywującym zadaniem.

Nasz „Peg” wyglądał właśnie tak, lecz cały zbiornik jest bardzo zróżnicowany co nie dziwi, biorąc pod uwagę jego wielkość. Z informacji zebranych od innych zawodników miejscówki zdarzały się różne, od płaskich jakie my mieliśmy, do takich które miały górki, doły, czy też zatopione drzewa i inne przeszkody. W wielu miejscach plaga racicznic była tak wielka, iż zrywała każdy zestaw, a stalowe plecionki traktowała jako jednorazowy gadżet.

Jedno jednak jest wspólne dla wszystkich stanowisk, które miały dostęp do otwartej wody: koryto starorzecza. Głębszy rów biegnący w odległości kilkuset metrów od brzegu. Startujące czeskie zespoły znały ten schemat i co niektóre robiły ścieżkę zanętową biegnącą nawet z odległości 500 m do ich łowiska, bez konsekwencji w dalszym łowieniu pomimo dowodów z nagrań. Kto trafił w te upały podczas zawodów na takie właśnie miejsca, dające rybom cień, oraz większe możliwości żerowania, mógł nacieszyć się holem mieszkających w tym jeziorze walecznych, zazwyczaj pełnołuskich karpi.

Przynęty i zanęty jakie stosowano podczas zawodów to naprawdę temat rzeka. Stacjonująca obok nas drużyna z Holandii wzięła ze sobą tylko orzech tygrysi i nęcąc nim, oraz zakładając na włos, wypracowała kilka ładnych brań z 18-tką na macie włącznie. Zespoły stosowały kulki proteinowe w różnych kolorach, smakach i średnicach, ziarna, pellety. Niektórzy dopalali i sypali grubo swoje zanęty, inni nęcili punktowo, stawiając na naturalne zapachy. Zarówno ci pierwsi jak i drudzy odnosili takie same efekty losując wcześniej dobre stanowiska. Po prostu na tej wodzie nie ma jakiś tajnych i sprawdzonych składników, należy mieć tylko jak wszędzie indziej szczęście podczas losowania stanowisk.

 

20160913_152823

 

We wtorek pojawiła się nadzieja, że coś w naszym łowisku jednak żyje, w postaci uroczego, małego karpika złowionego przez Artura. Nie pretendował do wagi, ale dawał szansę, że coś da się z tej wody wykrzesać.

 

20160913_083212

 

Niestety nie sprzyjał nam ani wiatr, ani temperatura, ani wpust wody, wpływającej do naszego łowiska z lokalnej fabryczki obok.

Jednak noc ze środy na czwartek, prócz dorodnego leszcza (to one były przedmiotem pożądania lokalnych wędkarzy) i spinki, przyniosła nam pierwszego (i jak się okazało ostatniego) karpia do wagi. Paweł złowił 6.9 kg, które zmierzone i pstryknięte przez marshalla, sprawiło że powróciła nam wiara w możliwości tej wody.

 

20160915_043559 20160915_043933

 

Cały czwartek niestety upłynął pod znakiem braku karpiszonów na naszym stanowisku. Sąsiedzi mieli się nieco lepiej, ale i tak zawodnicy z naszej strony akwenu nie mogli się pochwalić zdobyczami na miarę Mistrzostw Świata.

W piątek Artur wyholował kolejnego tzw. przez nas wigilijnego karpika, który nie łapał się do wagi, ale był znakiem życia w tej nieżywej wodzie. Niestety zapowiadane burze i deszcze nie nadeszły, i upał trwał w najlepsze.

 

img_20160916_073152

 

Dochodziły nas głosy o tym jak świetnie radzą sobie polskie drużyny, co napawało nas dumą, ale i zdrową zazdrością. U nas jednak poza leszczowymi rodzynkami, nie działo się nic.

 

img_20160915_120623

 

17 września w sobotę, o godzinie 8 rano nadszedł koniec zawodów. Oczywiście, że nasze wędki wyszły z wody ostatnie, ale nie ukrywam, że byliśmy już gotowi i spakowani do odjazdu.

Po tym razem szybkiej drodze powrotnej (magia odnalezionej autostrady 🙂 o godzinie 18, z przerwą na fantastyczny obiad w czeskiej gospodzie, byliśmy w Poznaniu.

I tak zakończyła się nasza przygoda z WCC 2016.

 

img_20160915_090635

 

Są sprawy, o których warto wspomnieć dla tych, którzy wybierają się na tę imprezę w przyszłym roku. Ponieważ odbędzie się ona na tej samej wodzie, i z obsadą dwukrotnie większą warto wziąć je pod uwagę.

Nie jest prawdą, jakoby marshalle byli wrednymi typami, którzy czekają tylko na czyjeś potknięcie i z krzaków obserwują czy ktoś nie przekroczył o metr swojego łowiska. Wręcz przeciwnie czeska ekipa wypływała na 500 zamiast 300 m i nie poniosła z tego powodu żadnych konsekwencji. Czy dlatego, że czeska i ze znanym nazwiskiem w obsadzie…?

Sędziowie są normalnymi ludźmi, w większości młodymi Holendrami, z którymi można normalnie porozmawiać bez obaw posądzenia o kumoterstwo.

Organizatorzy mimo naprawdę wielu potknięć i niedociągnięć, to też tylko ludzie a nie bogowie karpiarstwa.

Poznaje się w tym miejscu wielu świetnych wędkarzy z całej Europy i nawiązuje naprawdę interesujące znajomości.

Poza tym można sprawdzić swoją cierpliwość, wytrzymałość i to czy karpiowanie jest faktycznie naszą pasją, nawet wtedy gdy oznacza guzik z pętelką zamiast 20 – stek na macie.

Wiedząc to wszystko możemy napisać jedno: warto przeżyć tę przygodę, ale płacąc słono, tylko raz.

Gratulujemy również z tego miejsca zwycięzcom tegorocznego WCC a zwłaszcza ekipom z Polski, które spisały się naprawdę rewelacyjnie. Brawo chłopaki!

 

20160911_185248img_20160911_185143

 

 

 

 

Obserwuj nas
Facebookpinterestinstagram