Zasiadka maj 2015 – Łowisko Borówko

Udostępnij
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedin
widok lowiska z góry

 

Powiedzieć, że znaleźliśmy  się na łowisku Borówko po długich namysłach  byłoby kłamstwem. Szczerze powiedziawszy, nasz wyjazd w to miejsce był efektem kompromisu pomiędzy  Krystianem  -kolegą z naszego teamu Invaders a mną. Bowiem woda nad, która mieliśmy się wybrać musiała spełniać kilka warunków: lokalizacja blisko Poznania, tak żeby nadawała się na 24 godzinną zasiadkę, spokojne otoczenie z dala od głównej drogi i co najważniejsze być nieznana dla nas obu.

W sobotę 23 maja około południa, po uprzedniej telefonicznej  rezerwacji dwóch stanowisk, dotarliśmy na miejsce. Wiedzieliśmy o łowisku tyle ile można wyczytać o nim na stronie internetowej i właściwie nic więcej.

Każdorazowe poznawanie nowego miejsca do wędkowania wiąże się z dozą niepewności – czy woda okaże się łowna, czy usytuowanie  będzie choć zbliżone do tego przedstawionego w opisie, a w końcu czy będziemy się tam dobrze czuć i relaksować, bo przecież o to głównie w tym sporcie chodzi.

Borówko na pierwszy rzut oka wyglądało tak jak głosił opis i co ukazywały zdjęcia. Średniej wielkości  (14 ha) akwen  będący byłą żwirownią, z kilkoma wyspami  i ogromną ilością ptactwa na owych wyspach. Stanowisko 1 i 2, które zarezerwowaliśmy położone było na skraju niewielkiego zagajnika, który dawał szansę na cień. Okazał się on niezbędny do przeżycia, bo wbrew prognozom wieszczącym ulewę (prawie w nią uwierzyłem) słońce prażyło niemiłosiernie.

Jako, że było nas dwóch łowiących,  mieliśmy do dyspozycji 6 wędek więc postanowiliśmy w ramach testów i porównań założyć na zestawy maksymalnie zróżnicowane smaki. Krystian obstawiał klasykę czyli kukurydzę, ananasowy pop up i  truskawkę, natomiast ja  Kaligulę (squid), Carycę (różę) i Hannibala  (krab z bananem).

Należy dodać, że łódka zanętowa, która zwykle służy mi pomocą była właśnie „niedysponowana” w naprawie, w związku z czym byliśmy zdani na celność naszych rzutów i szacowanie głębokości na oko. Również brak pontonu (kto by go tam brał na te kilkanaście godzin) nie ułatwił nam sondowania dna, co jak się później okazało miało się srodze zemścić.

Do zanęcania użyliśmy zarówno kobry  jak i procy. I tutaj sprawdziło się stare powiedzenie ,że nie wszystko złoto co się świeci, ponieważ moja wysokopółkowa proca, okazała się beznadziejna w porównaniu do  wyciągniętej przez mojego partnera z nieprzebranych zasobów jego ojca.

Po wyrzuceniu zestawów zabraliśmy się za urządzanie obozowiska, które choć jednodobowe  składało się mniej więcej z takiej samej ilości klamotów, jak to, które rozbijalibyśmy na tydzień.

Przy okazji tego wypadu postanowiłem sprawdzić mój nowy nabytek czyli brolly,  mający być poręczniejszą alternatywą dla zwykle używanego przeze mnie namiotu. Zgodnie z zasadą, że prawdziwi twardziele biwakują w minimalistycznym stylu. Co między nami mówiąc nie do końca okazało się prawdą, ponieważ ten akurat brolly właściwie niczym nie różni się od namiotu. Może poza tym, że jest  bardziej interesujący pod względem estetycznym i znacznie przestronniejszy.

 

ascetyczny+brolly

 

Owi twardziele wierzący aplikacjom pogodowym nie używają również kremów z filtrem, bo przecież „ ma padać o 17”, a przez tydzień po zasiadce prezentują się jak pacjenci leprozorium.

Na przeciwległym brzegu stanowisko nr 9 zajął nasz znajomy Maciej, które to miejsce w odróżnieniu od naszego,  nie miało drzew dających cień ,  za to stromizną podejścia gwarantowało całkiem niezły fitness przy rozpakowywaniu auta.

 

strome+podejście+vis+a+vis

 

Kiedy wszystko było już ogarnięte  i pozostało nam jedynie czekać na brania, delektując się okolicznościami przyrody (o czym za chwilę), przybył do nas opiekun łowiska, po należną opłatę i finalizację formalności plus pogawędkę. Towarzyszył mu uroczy pies, który sprawiał wrażenie takiego, który ochoczo zmieni swoje futro na lżejsze odzienie, ponieważ temperatura wyraźnie szybowała w górę. Obawiałem się czy pojawienie się czworonoga,  nie rozjuszy bardziej nieprzerwanie skrzeczących rybitw i innego wodnego ptactwa  zasiedlającego wyspy na łowisku, ale obyło się bez eskalacji zainteresowania naszymi osobami. Trzeba sobie bowiem powiedzieć wprost: ptaków jest tam dużo. Bardzo dużo. Właściwie to jest ich chmara. I są bardzo głośne, przy czym ich głosy nie milkną niemal nigdy. Do czego oczywiście można przywyknąć, bo jak powiadają: do wszystkiego można, ale nie sposób ich nie zauważać. Stanowią bez wątpienia o swoistym kolorycie tego miejsca. Kto widział Hitchcocka, wie o czym mówię.

Nadszedł wieczór, wraz z nim pora na kolację i długie Polaków rozmowy. Pojedyncze piknięcia sygnalizatorów informowały, że coś się w wodzie dzieje, ale po wstępie nie następowało rozwinięcie tematu. Kiedy zrobiło się już zdecydowanie chłodno , ciemno, a na kijach nic się nie działo, ogłosiliśmy czas spoczynku. I ciszy nocnej…

1.30 ze snu wybudziło mnie piknięcie  sygnalizatora. Na kiju z Hannibalem branie. Niestety zakończone fiaskiem.  Ale nie ma tego złego i tak dalej, bo kiedy 30 minut później centralka zaczęła histerycznie dawać znać o następnym braniu, byłem zwarty i gotowy.  Wyskoczyłem na brzeg (a miałem do pokonania obłędną odległość jakiegoś 1,5 m), a za moment dołączył do mnie Krystian. Jest branie, na mój zestaw z Kaligulą i długim włosem. A kiedy piszę długim, mam na myśli długość  na widok której innym karpiarzom włosy stają dęba. Ale ja tak lubię i ten sposób testuję od dłuższego czasu z doskonałym skutkiem. Po kwadransie holowania, które trudno nazwać porywającym, za przyczyną pasywności karpia, mam ją – pierwszą rybę tego wyjazdu. Krystian rozkłada podbierak i spokojnie wyciągamy zdobycz na brzeg. Może mieć jakieś 7– 8 kilo, ale pomiary muszą poczekać do świtu. Karp wyczepiony z haczyka i opatrzony znalazł się w worku i wrócił do wody, a my w objęcia Morfeusza.

Nie był to jednak żelazny uścisk, bo godzinę później kolejny sygnał wyciągnął nas z namiotów. Tym razem to wędka z  pachnącą różami Carycą dawała znać o sobie. Kolejny spokojny i udany hol, hop do worka i do wody w oczekiwaniu poranka.

Kilka godzin później szczęście uśmiechnęło się do Krystiana, który akurat zajęty był kontemplowaniem przyrody w osobie pająka i jego norki 🙂 Nagły dźwięk brzęczyka oderwał go od tego jakże pasjonującego zajęcia i okazało się, że Borówko to również woda dla zwolenników klasycznych smaków i metod. Po nieco żwawszej niż poprzednio walce ze strony przeciwnika, trwającej 20 minut, wyholował całkiem okazały egzemplarz cyprinusa. Nie na wykwintny smak wprost z menu pięciogwiazdkowej restauracji, a na prostą, wypróbowaną przez pokolenia kukurydzę.

Nadszedł czas ważenia i sesji zdjęciowych. Nie obyło się przy tym  bez wpadek, bowiem koleżanka, która uczestniczyła po raz pierwszy w zasiadce, również po raz pierwszy trzymała w rękach karpia do zdjęcia. Na szczęście ryba wyszła z opresji bez szwanku, czego nie można powiedzieć o koleżance, mokrej od stóp do głów.

 

wspolna fota

 

Efekty ważenia przedstawiały się następująco: 8 kg na squida,

 

8+kg

 

6,2 kg na różę,

 

6,2+kg

 

oraz 6,8 kg na kukurydzę.

 

6,8 kg

 

Zważone i po złożeniu autografów na fotosach, karpie wróciły do wody, a my powoli zaczęliśmy zwijać obozowisko. Jak wiadomo w życiu obowiązuje zasada, że kapitan schodzi ze statku ostatni, a wędka również ostatnia wędruje do bagażnika. I tej zasady trzymaliśmy się również tego przedpołudnia. Leniwe pakowanie namiotów przerwał kolejny dźwięk  sygnalizatora. Na mój zestaw z carycą, którą ponownie dałem na włos zaczęło się branie. I to nie byle jakie. Żyłka pruła jak szalona a kiedy zaciąłem poczułem, że tym razem walka będzie ostra. No i owszem była. Ryba zasadziła się w jak mi się wydawało zatopionym pniu, oddalonym od brzegu jakieś 45 metrów. I ani drgnęła. A kiedy w końcu się ruszyła, to tylko po to żeby zaklinować się jeszcze bardziej. Krystian wędrował z kijem wzdłuż brzegu wypróbowując każdy możliwy kąt po to żeby coś zdziałać, ale nic z tego. Zestaw i karpia jakby zabetonowało. Wyciągnięcie ryby „ na piechotę” okazało się  awykonalne z przyczyn technicznych. Dno, które powinno być żwirowe, było muliste w stopniu, który na twarzy mojego kolegi , który poświęcił się i wszedł do wody, wywołał autentyczną panikę, a we mnie odruch rzucenia mu się na pomoc . Ironizując –  wciągnęła  nas ta sytuacja.

Idealnym rozwiązaniem byłby ponton, który jak wspomniałem na początku, uznaliśmy za nadbagaż, zostawiając go w zaciszu garażu. Nagle przyszło nam do głowy, że jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma czyli dmuchany materac mogący stanowić erzac pontonu. Niestety, żeby tak się stało, musielibyśmy go mieć. Ale jak wiadomo – prawdziwi twardziele prócz kilku innych rzeczy, sypiają również na wygodnych łóżkach , a nie na dmuchańcach. Szybka decyzja i telefon do przyjaciela, z przeciwnego brzegu: – Maciej, przyjeżdżaj z materacami!  Z naszego miejsca sprint kolegi pod wspomnianą stromą górkę, z materacami pod pachą był dla nas doskonale widoczny.  Dodam tylko, że opróżnionymi już z powietrza…

Nigdy w życiu nie nadmuchałem materaca w takim tempie jak wtedy. Również nigdy przedtem nie miałem objawów hiperwentylacji –  człowiek uczy się całe życie 🙂

Wyruszyliśmy z Krystianem na akcję ratunkową zestawu (uznaliśmy, że ryby dawno już na haczyku nie ma, bo cierpliwość jest owszem cnotą, ale ileż można czekać) płynąc z wędką na dwóch materacach. Mozolna to była droga, bo zwijanie żyłki, przy równoczesnym wiosłowaniu dłońmi oraz nerwowym zerkaniu na szalejące niepokojąco blisko nas rybitwy, nie należy do łatwych zajęć.

 

akcja+ratunklowa

 

W końcu dotarliśmy  na miejsce zaczepu. Sięgnąłem do wody usiłując odczepić zestaw, który zaklinował się między drzazgą dużego pniaka i… Jakież było moje zdziwienie, kiedy powodem ciężaru na kiju nie było tylko splątanie a zacnej urody karp. Zdumienie i radość ogromne i równie wielki problem z holowaniem zdobyczy na wędce w drodze na brzeg. Bo uparliśmy się ,że trzeba sprawdzić ile waży stworzenie, które kosztowało nas tyle zabiegów.

Kiedy bez szwanku dla nikogo dotarliśmy w ślimaczym tempie z powrotem i przy brzegu podebraliśmy rybę, waga pokazała 5, 9 kg. Niby niedużo, ale ta historia dowodzi jednego : nawet ryba niewielkich rozmiarów może stać się przyczyną fantastycznych emocji .

 

5,9 kg

 

Po tej przygodzie żaden z nas nie myślał już o kolejnym przerzucaniu zestawów, tylko o powrocie do domu i kąpieli. Tym razem w wannie.

– Paweł

Obserwuj nas
Facebookpinterestinstagram