Szybki wyjazd nad Krichevichy na Ukrainie – kwiecień 2019

Udostępnij
Facebooktwitterpinterestlinkedin

 

 

 

 

Przed zbliżającymi się zawodami na zbiorniku Krychevichy na Ukrainie, postanowiliśmy trochę poprostować żyłki, posprawdzać nowe produkty zrobione na tę okazję, oraz pointegrować się w większym gronie, wiedząc iż na tego typu zawodach rzutowych wg zasad Fipsed, mało jest czasu na biesiadę i zabawę. Trochę daleko mamy do tej wody, a przeprawa przez granicę nie nastraja optymistycznie, jednak postanowiliśmy mimo to posiedzieć i „obwąchać” wodę na której spędzimy niebawem parę ładnych dni, jako kadra PZW okręgu Poznań.

Jak zaplanowaliśmy, tak zrobiliśmy.

Podróż o dziwo przebiegła bardzo sprawnie, jednakże bardzo męcząco, gdyż całą nockę spędziliśmy w samochodzie, przedzierając się przez upierdliwe procedury celne i dopiero bladym świtem zawitaliśmy nad zbiornik. Nie chciało się wychodzić z ciepłego i nagrzanego samochodu, ponieważ pogoda na zewnątrz nie zachęcała nawet do rozprostowania kości, nie mówiąc o łowieniu i biwakowaniu. Temperatura bliska zera z silnym, zimnym wiatrem powodowała, że odczuwalna była znacznie poniżej zera. Do tego zaczął pruszyć delikatny śnieg i mieliśmy komplet zimowy 🙂

Koledzy jednak nie przejmowali się tym. Niektórzy nawet odrobili lekcję z pogody pakując do torby ciepłe kurtki, czapki i rękawice specjalnie przygotowane na takie „anomalia pogodowe”. Niestety mnie nie było wśród tych „szczęśliwców” i dlatego rozkładałem swoje klamoty jako ostatni dochodząc do siebie po pierwszym szoku termicznym. Później dojechali do nas koledzy z Ukrainy, miejscowi „znajomi” i mogliśmy rozpocząć „integrację”.

 

 

Oczywiście, aby nie było nieporozumień po co przyjechaliśmy, to najpierw wyrzuciliśmy wędki, a później niektórzy poszli spać po męczącej nocce i wpływie płynów „rozgrzewających”. Reszta jednak trzymała wartę przy ognisku, napojach, oraz robionych na świeżo przysmakach z rusztu i kociołka.

Wszyscy jednak patrząc na to co dzieje się z pogodą, nawet w najbardziej optymistycznych scenariuszach wróżyli jedynie i co najwyżej wypracowanie może kilku pojedynczych brań, nie myśląc o konkretnych rybach. Woda miała tylko 6-7 stopni i brak oznak jakiegokolwiek żerowania ryb.

Na rozgrzewkę postanowiliśmy jednak pospombować trochę, testując nowe spody ze stajni OrientRods, oraz rozruszać ramiona machając Bombusem, czyli kobrą także od OrientRods.

 

 

W ruch poszły nowe, testowane kule kozackie i wszystkie dodatki sypkie do spomba.

Siedząc i jedząc, słyszymy pierwsze branie na wędce Mateusza, który jako nowy nad tą wodą, postanowił poeksperymentować z przynętami. Wszyscy wyskoczyli do jednego brania jak Husain Bolt na setkę i przy aplauzie i dopingu całej, zgromadzonej brygady, udało się wyholować pierwszego karpia już po paru godzinach od przybycia nad wodę.

 

 

Podniesieni na duchu, tym małym sukcesem postanowiliśmy przed pójściem spać trochę dokarmić rybki tym co im przywieźliśmy z Polski.

Nie wszyscy jednak mieli ochotę na nocną „pracę” z rybami po ciężkiej poprzedniej nocy i jeszcze bardziej ciężkim dniu spędzonym na jedzeniu i piciu.

No i wykrakaliśmy….

Nocka dla niektórych była pracowita, a nad ranem parę karpików zameldowało się do sesji zdjęciowej 🙂

 

 

Po takim rozpoczęciu dnia, postanowiliśmy posilić się pożywną jajecznicą i przygotować do następnego posiłku, nie zapominając oczywiście o płynach i o tych dla których przejechaliśmy tyle kilometrów, czyli karpiach. Też coś do żarcia dostały 🙂

 

 

Karpiom chyba tak posmakowała nasza, specjalnie dla nich przygotowana spożywka, iż postanowiły wpaść na kolejną sesje zdjęciową.

 

 

Kolejna nocka była równie, a nawet bardziej pracowita niż pierwsza. Mateusz postanowił przenieść się na wyższy level – „hard master” i zanęcił sobie nową miejscówkę tuż przed zmierzchem, a później przeniósł swoje wyrko na tę kładkę, śpiąc pod gołym niebem podczas mroźnej nocy….a był przymrozek 🙂

W sumie napisać spał, to za dużo powiedziane, ponieważ nie tylko sam nie zmrużył oka, ale i nie dawał pospać kolegom z sąsiedniej kładki co rusz prosząc ich o pomoc w podbieraniu ryb. W ferworze walki z nocnymi łakomczuchami, połamał swój, wielki podbierak znanej w Polsce i bardzo popularnej firmy, przerzucając się na niezawodny w takich sytuacjach podbierak firmy Orient Rods, którym operował już do bladego świtu.

 

 

Po tak intensywnie spędzonych niespełna dwóch dobach, postanowiliśmy nie robić wszystkim rybom pamiątkowej fotki, lecz od razu uwalniać je z podbieraka.

 

 

Nad ranem, podczas pakowania gratów postanowiliśmy troszkę zmienić taktykę łowienia i na macie zameldowało się jeszcze kilka rybek (tym razem większych i bardziej walecznych sazanów), opóźniając tym samym nasz powrót do domu. Poza tym wyszło słońce, co też miało wpływ na żerowanie ryb i nasze leniwe pakowanie.

 

   

 

Piękna pogoda i mnogość atrakcji wpłynęła na nasze końcowe samopoczucie. Integracja na plus.

 

 

W końcu ruszyliśmy w kierunku polskiej granicy, robiąc tradycyjne zakupy w najbliższym spożywczaku i podziwiając architektoniczną, wschodnią zabudowę.

 

 

Podsumowując wyjazd w wielkim skrócie to spełniliśmy założenia w 80 %. Przez pogodę, oraz złośliwość rzeczy martwych nie udało nam się wszystkiego przetestować, lecz to o co chodziło nam w głównej mierze, zostało zrealizowane w 100 procentach.

W przeciągu 2 dób, złowiliśmy kilkadziesiąt karpi i niepoliczalną ilość karasi. Świetnie bawiliśmy się nad zbiornikiem, czerpiąc przyjemność z otaczającej nas przyrody i dźwięku sygnalizatorów. Taki wyjazd był nam bardzo potrzebny, aby naładować akumulatory przed zbliżającymi się zawodami i całym sezonem.

Na pewno powrócimy tu w większym, silniejszym składzie, już niebawem….

 

 

 

 

Więc, do zobaczenia nad wodą…..

 

 

 

 

 

 

 

Obserwuj nas
Facebookpinterestinstagram